"Kraina kłamczuchów" Macieja Wojtyszki przedstawia dwa dni z życia dwóch literatów – niepowtarzalnych, niepodrabialnych kłamców włoskiego renesansu: Petrarki i Boccaccia.
Oto do Padwy, zagrożonej zarazą, przybywa Boccaccio aby nakłonić swojego mistrza - Petrarkę do powrotu do Florencji, przepowiednie dotyczące losów Padwy są bowiem niepomyślne. Wielbiciel przybywa, by ocalić mistrza, prawdziwego boga opowiadaczy - tylko jak to zrobić, jeśli boga nie da się ocalić..? Tym bardziej, że gra między nimi toczy się nie tylko o życie, ale i … o miłość.
Które z uczuć zwycięży? To do kobiety prawdziwej, realnej, tej na wyciagnięcie ręki czy to, do kobiety wydumanej, wymarzonej, wyidealizowanej?
Do średniowiecznej Padwy zakrada się zaraza pod postacią czarnych szczurów. Do domu Petrarki (genialny Mariusz Wojciechowski) przybywa jego wielbiciel, wielki opowiadacz ludzkości, Boccacio[...]
Do średniowiecznej Padwy zakrada się zaraza pod postacią czarnych szczurów. Do domu Petrarki (genialny Mariusz Wojciechowski) przybywa jego wielbiciel, wielki opowiadacz ludzkości, Boccacio (Paweł Koślik), aby go nakłonić do wyjazdu, do powrotu do Florencji. Przepowiednie dotyczące Padwy są bowiem niepomyślne. Boccacio nie jest jeszcze autorem Dekamerona - te historie dopiero się w nim wylęgają, dopiero składają się w jego sercu z ułamków wrażeń i doświadczeń. To młody mężczyzna, gorący i radosny, bez przerwy grający rolę błazna, epatujący swą męskością, młodością i witalnością. Koślik ze swoimi warunkami zewnętrznymi jest do tej roli po prostu stworzony. Obserwując go w pierwszej części spektaklu, odnosimy wrażenie jakiejś sztuczności, i dopiero, kiedy maska błazna opada, widzimy prawdziwą twarz Boccacia - szarą twarz jałowego twórcy, przeciętnego kochanka, zazdrosnego wielbiciela, fałszywego przyjaciela - i ta przemiana jest przejmująca, wiarygodna.
Ona (Małgorzata Sadowska), żyjąca z Petrarką, kochająca go bezwarunkowo, wciąż jest zazdrosna o Laurę, o jej przeszłość, śmierć, potęgę i miejsce w sercu Petrarki. Twierdzi, że może by go opuściła, lecz jego nie da się opuścić, bo nawet gdy jest z kimś, i tak jest samotny... Petrarka jest samotny, bo wie, że choć zapisał całą potęgę miłości, to umknęła mu codzienność - i że tego powszedniego demona nie uda mu się uwiecznić w sonetach, które przez to stają się genialnym, piramidalnym kłamstwem. Wojciechowski - cudownie, brawurowo, lirycznie - gra bezradność boga słów. Ona też jest bezradna. Jak sprawdzić serce boga? Jak z niego wyczytać prawdę, skoro to serce jest stworzone do lirycznego kłamstwa? Ona każe synowi wykradać sonety boga i je sobie czytać. I dalej nic nie wie. I dalej jest bezradna. Jak wszyscy tutaj. Jak Pancaldo (Adam Biedrzycki), zawodowy kopista, który przekłamuje rzeczywistość maniakalną grą w kości. I jak Eletta (Łucja Żarnecka) - baba "wiedząca", która usiłuje przekłamać codzienność ludowymi mądrościami. Cóż, Eletto - nie da się...
Giovanni (fantastyczny Piotr Bajtlik) - niepiśmienny syn Petrarki i Jej, wykrzykuje znamienne słowa: "O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć" - sześćset lat później Ludwig Wittgenstein zapisze je jako finalną tezę "Traktatu logiczno - filozoficznego", księgi, która pomiędzy język a świat wciśnie na zawsze niepewność. Jedyny zanurzony w prawdzie, rozedrgany, boleśnie nie pogodzony z rzeczywistością Giovanni opowiada, o czym by napisał, gdyby mógł: o człowieku, co się obudził i spostrzegł, że zmienił się w karalucha. Albo o dwóch, co czekają i się nie doczekają. Albo o mieście gnijącym pod muśnięciem czarnej śmierci. Wreszcie o skazanym za nie wiadomo co i przez nie wiadomo kogo, lecz wiadomo, na co. A zakończy frazą księcia Hamleta, frazą o lęku, który czyni nas tchórzami...
Dwa opowiedziane przez Wojtyszkę dni z życia dwóch niepowtarzalnych opowiadaczy, niepodrabialnych kłamców ludzkości, to portret bezradności opowieści. Nie trzeba opisywać ciężaru ciszy, jaka zapada na widowni, gdy po lekkiej, zabawnej formule pierwszej części spektaklu, nagle odkrywamy w drugiej części, że wszystko jest bardzo serio. Niech wystarczy, że jest. Wieczorami na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego można, trzeba tę ciszę usłyszeć. Milczenie tych, którzy pojęli, że świat to pląs demonów, wobec których brakuje nam słów. W finale, gdy gnicie dni dotkniętych czarną zarazą staje się realnością, kłamczuchy Wojtyszki siadają na zydlach i nakładają na twarze ptasie maski. Wobec nieuchronności śmierci milczą, nastroszeni jak wielkie ptaki. Tylko na tyle ich dziś stać. Kafka, Beckett i Camus przyjdą dopiero jutro.