"Zemsta" jest największym dziełem i arcydziełem Fredry, esencją, perfumą, ogrodem polskości, jakiego poza „Panem Tadeuszem” nasza poezja się nie dochowała. - Jan Lechoń
Dziedzictwo sarmatyzmu odeszło, wydawałoby się, bezpowrotnie w przeszłość. Ale czy naprawdę? Akcja "Zemsty" rozgrywa się w istniejącej poza czasem ostoi polskości. Jak pisze Jarosław Marek Rymkiewicz, "Zemsta" dzieje się "w Polsce, czyli zawsze". Komedie Fredry usytuowane są w bowiem w czasie historycznym, ale też przecież w wiecznym polskim „teraz”.
W pamiętniku-gawędzie Aleksandra Fredry "Trzy po trzy" czytamy: "Szlachta polska jest wieczne młoda, nie podstarzała się doświadczeniem nawet na zwłokach własnej ojczyzny; wszystkie zalety i wszystkie wady właściwe młodości wieku ludzkiego ona połącza w sobie".
Uzupełniając wymowę Zemsty Fredro mówi o rodakach: "Nienawiść w narodzie lub w rodzinie dziedziczna, wywołująca konieczną zemstę u południowych ludów, jest dla Polaka męczącym uczuciem. Wybijmy się, woła, a potem kochajmy się, póki się znowu nie wybijemy, aby się kochać znowu". Ironia ta nie jest pozbawiona dozy wyrozumiałości - wszak Fredro stawia sobie za cel, by "dwoistość człowieka przedstawić", bo… „człowiek doskonały we wszystkim, gdyby się i znalazł na świecie, mógłby być uwielbiany, można by z niego wielkie ciągnąć korzyści, ale pożycie z nim byłoby pewnie najnieznośniejszym”.
«"Zemsta" to zawsze wyzwanie, jeśli ma być czymś więcej niż tylko lekturą szkolną na głos. Taka też jest w Polskim - pełna energii, pisana pismem wyzwolonego dziecka, z nieco łobuzerskim[...]
«"Zemsta" to zawsze wyzwanie, jeśli ma być czymś więcej niż tylko lekturą szkolną na głos. Taka też jest w Polskim - pełna energii, pisana pismem wyzwolonego dziecka, z nieco łobuzerskim uśmiechem. Kilianowie, nie bacząc na opasłe tomy interpretacji i ponadpółtorawieczną tradycję inscenizacyjną, przeczytali "Zemstę" po swojemu. Tylko tak warto, tylko tak się opłaca. Nie jest to wprawdzie "Zemsta" gwiazdorska, ale wynagradza to inscenizacja. U Kilianów przywykliśmy do braw po otwarciu kurtyny - samo uformowanie przestrzeni, urzekające kostiumy, dekoracje, światło, upozowanie aktorów tworzy pełen urody obraz. Czegóż tu nie ma! I machiny oblężnicze podczas "bitwy" o mur, i armata, i koń z rzędem, i zadzierżysty loczek na wygolonej głowie Cześnika (Marcin Jędrzejewski), i sumiaste wąsy Rejenta (Tomasz Borkowski), i służba w kolorowych, niemal wschodnich szarawarach i futrzanych czapach, i wystudiowany ruch sceniczny, niemal cytaty z historycznych przedstawień "Zemsty" i starych fotografii. Rzadko widujemy Fredrę wystawianego z taką czułością i fantazją zarazem. Tak jest w tym przedstawieniu, gdzie wyobraźnia postsarmacka spotyka się z wrażliwością dziecka, a na opowieść o zemście i miłości sprzed wieków nakłada się współczesność. To nie przypadek, że Orkiestra Hrabiego Fredry, bo taką nazwę nosi kapela grająca kompozycje Grzegorza Turnaua (jej motywem przewodnim są taktyiarcypolskiego poloneza), to kapela żydowska w jarmułkach, a Papkin, wymieniając swych wierzycieli, wspomina, że są wielu wyznań. Tak, to jest "Zemsta" po "Strachu", która wpisuje się w budowanie porozumienia między sąsiadami ("Sąsiedzi"?).
Ale oprócz tych dźwięków współbrzmiących z najważniejszą dzisiaj polską debatą "Zemsta" Kilianów mieni się wieloma barwami, zaleca bujnością i zmysłowością. Chyba to pierwsza "Zemsta", w której para młodych wychodzi na plan pierwszy. To właśnie Wacław i Klara nadają tempo akcji, to ich końcowy triumf wyznacza sens opowieści. Kilianowie nie zaniedbują żadnej okazji, by uzwyczajnić Wacława (żywiołowy Maciej Mikołajczyk) - jego dawne przygody miłosne, zwłaszcza ta z Podstoliną, nabierają rumieńców, kiedy żwawa i ponętna Podstoliną (Ewa Gołębiowska-Makomaska) wciąga go do swojej komnaty.
Królem widowiska jest jednak Papkin (Andrzej Pieczyński). Tym razem to nie żołnierz samochwał ani sponiewierany inteligent albo zubożały hreczkosiej czy bohater literaturysentymentałnej. To raczej wszyscy oni naraz, nowe wcielenie barona Munchausena, mieszanka samochwały i tchórza, zakompleksionego utracjusza i pełnego polotu fantasty. Pieczyński idealnie godzi te sprzeczności, na koniec przybywając na scenę z krokodylem. Wprawdzie poniewczasie, ale jakże widowiskowo, W ogóle finał jest majstersztykiem samym w sobie. To jest "Zemsta", która nastraja niezwykle pokojowo, w której "zgoda" brzmi jak zgoda, bez żadnych podtekstów i zastrzeżeń. Piękne połączenie doświadczeń teatru wielkiej inscenizacji i teatru lalkowego. Po prostu teatr. Na koniec słowo smakosza teatralnego - cudowna wprost jest obecność majstra komedii, Lecha Ordona, który w roli Perełki tworzy nomen omen kolejną perełkę w bogatej kolekcji swych osiągnięć aktorskich. To piękne, że Polski pamięta o swych cudownych mistrzach.»