premiera: 18.06.2011
William Shakespeare przekład: Piotr Kamiński
 Reżyseria: | |
Dan Jemmett
| Scenografia: | |
Dick Bird
| Kostiumy: | |
Sylvie Martin-Hyszka
| Reżyser światła: | |
Arnaud Jung
| Serwis fotograficzny: | |
Krzysztof Bieliński
|
Zgodnie ze staroangielską tradycją, w Wieczór Trzech Króli – 6 stycznia zwykły porządek rzeczy ulega pozornie bezkarnemu odwróceniu. „Twelfth Night or What You Will” – czego chcecie, pragniecie, pożądacie… Nic nie jest już takie jak wcześniej i nikt nie jest też taki, jakim stanie się później. „Wieczór Trzech Króli” to fascynująca opowieść o kaprysach ludzkich pożądań. „Gdybym coś podobnego widział na scenie, potępiłbym sztukę jako wymysł niepodobny do prawdy” - mówi Szekspir. A jednak… życie lubi nas zaskakiwać. Czas trwania spektaklu: 2 godz. 15 min. Jacek Wakar, Seweryn pierwszy etap, /Przekrój/, 05.07.2011
"Wieczór Trzech Króli" w Teatrze Polskim w Warszawie to wreszcie spektakl dla każdego. Bilans wygląda tak: pół roku, sześć premier, uruchomienie Salonu Poezji oraz cyklu światopoglądowych debat towarz[...]
..."Wieczór Trzech Króli" w Teatrze Polskim w Warszawie to wreszcie spektakl dla każdego. Bilans wygląda tak: pół roku, sześć premier, uruchomienie Salonu Poezji oraz cyklu światopoglądowych debat towarzyszących każdemu nowemu przedstawieniu. Nowi reżyserzy, nowi aktorzy. Pierwszy etap dyrekcji Andrzeja Seweryna w budynku przy ulicy Karasia to zatem intensywny czas, czego zdają się nie zauważać koledzy recenzenci. My także dotąd pisaliśmy o nowym Polskim mało. Nadrabiamy zaległości. Zaczęło się od wieczoru Beckettowskiego. W "Końcówce" sam Seweryn wraz z Jarosławem Gajewskim dali pokaz aktorstwa opartego na sile odbywającej się na oczach widzów przemiany, a przy okazji lekcję wytrawnego rzemiosła. Potem przyszła seria porażek. Nie udał się "Nowy Don Kiszot", w zimnej obojętności pozostawili mnie "Polacy", a "Żeglarz" miał jedynie tę zaletę, że przypomniał o istnieniu Jerzego Szaniawskiego. Teatr Polski wciąż potrzebował spektaklu, który pogodziłby krytykę i przyciągnął publiczność. Aż nadszedł "Wieczór Trzech Króli". Wcześniej jednak mieliśmy przy Karasia "Cyda" Corneille'a w reżyserii francuskiego specjalisty od opery Ivana Aiexandre'a. Nieprzygotowani do odbioru takiego teatru krytycy rzecz odnotowali zdawkowo. Zarzucali widowisku wykopaliskowy charakter, śmiali się, że odbyliśmy podróż w czasie do roku 1662, kiedy na dworze Jana Kazimierza odbywała się polska prapremiera tragedii. To prawda, spektakl trzymał się rygoru historycznej rekonstrukcji, stanowiąc jednocześnie lekcję zapomnianego, a wspaniałego języka. Narzucał przy tym aktorom karkołomne zadania, a ci wywiązywali się z nich więcej niż dobrze. No bo i fraza Corneille'a, i krańcowa statyczność inscenizacji czyniąca z nich nieruchome, ale naładowane emocjami figury, i gesty oraz pozy nawiązujące wprost do klasycznego malarstwa. Debiutujący tu Marta Kurzak i Paweł Krucz długo nie dostaną nic równie trudnego do zagrania. Ten ostatni w "Wieczorze Trzech Króli" gra Błazna. Z początku niczym didżej puszcza płyty na wielkim patefonie. Potem wychodzi na proscenium i zaczyna opowiadać dowcipy z cyklu "Przychodzi baba do lekarza". Widzowie patrzą na siebie, jakby aktor zepsuł powietrze. A ten nie rezygnuje, z determinacją powracając do "zabawiania" publiki. Na końcu jego twarz pokrywa rozmazany makijaż smutnego klauna. I już nam nie jest do śmiechu. Spektakl Anglika Dana Jemmetta jest, co się zowie, eklektyczny. Jedni odnajdą w nim kulturowe gry, inni czystą zabawę. Najważniejsze, że realizatorzy z aptekarską dokładnością wyważyli proporcje. Tyle melodramatu, tyle goryczy. A nad tym wszystkim refleksja, że bawiąc się Szekspirem, na zgliszczach klasycznych budowli stawiając nowe dekoracje, wciąż tylko tasujemy dobrze znane karty. A teatr się obroni chociażby siłą aktorskich kreacji. Tour de force daje Gajewski, który po śmiesznym i tragicznym Malvoliu powinien teraz zagrać Artura Ui. Uwagę skupia Lidia Sadowa jako zmieniająca płcie i kostiumy Viola/Sebastian; Agnieszka Grochowska gra Oliwię bardzo ostro, zrywając z wizerunkiem etatowej cierpiętnicy; Radosław Krzyżowski celowo przerysowuje amanta Orsina, a Piotr Cyrwus i Marcin Jędrzejewski bawią się partiami szekspirowskich obiboków i opojów. Publiczność w lot chwyta proponowaną konwencję, co sprawia, że "Wieczór Trzech Króli" powinien się doczekać długiego żywota. Dla Teatru Polskiego stanowi zaś punkt orientacyjny. Główny kurs został obrany. Jacek Wakar Przekrój nr 27 05 lipca 2011 Filip Przedpełski, Szekspir, jakiego nie znacie, /Newsweek Polska/, 05.07.2011
"Wieczór Trzech Króli" w reżyserii Dana Jemmetta to spektakl doskonale przemyślany. Realizatorom udało się wydobyć na pierwszy plan to, co w komedii Szekspira najdowcipniejsze, i dołożyć od siebie kil[...]
..."Wieczór Trzech Króli" w reżyserii Dana Jemmetta to spektakl doskonale przemyślany. Realizatorom udało się wydobyć na pierwszy plan to, co w komedii Szekspira najdowcipniejsze, i dołożyć od siebie kilka trafnych pomysłów. A cały spektakl opiera się na dobrym aktorstwie. Mamy zatem Lidię Sadową w podwójnej roli rozdzielonych bliźniąt Violi i Sebastiana, mamy Pawła Krucza jako błazna-didżeja, serwującego współczesną muzykę i sypiącego jak z rękawa kawałami o babie przychodzącej do lekarza, mamy Jarosława Gajewskiego, który świetnie gra podstarzałego i równie śmiesznego, co tragicznego bufona Malvolia, bez powodzenia szukającego miłości u boku Olivii - w tej roli Agnieszka Grochowska. Zaskakująca scenografia żartobliwie nawiązuje do tego, jak wyglądałyby ruiny Teatru Polskiego, czyli mamy coś w rodzaju przedstawienia teatralnego na gruzach teatru. To chyba sygnał, że przed nami rzeczywistość po katastrofie, co jeszcze podkreślają "przypadkowe", niekompletne kostiumy i rekwizyty, jakby cudem ocalałe z kataklizmu. Po katastrofie świata komedia nadal jest możliwa, bo ludzie potrzebują zabawy, choćby nie wiadomo jak źle się działo. Filip Przedpełski Newsweek Polska nr 27/10.07. 05 lipca 2011 Dorota Patrycja Sech, Szekspir w krótkich spodenkach, /teatrakcje.pl/, 21.09.2011
Teatr Andrzeja Seweryna zwraca się w stronę klasyków. Cyd Corneille’a, zakończenie sezonu premierą Wieczoru Trzech Króli i planowane rozpoczęcie nowego sezonu monodramem opartym na tekstach Williama S[...]
...Teatr Andrzeja Seweryna zwraca się w stronę klasyków. Cyd Corneille’a, zakończenie sezonu premierą Wieczoru Trzech Króli i planowane rozpoczęcie nowego sezonu monodramem opartym na tekstach Williama Shakespeare’a. Zapewnia to co prawda nie lada repertuar, ale jest zarazem ogromnym wyzwaniem. Sięgnięcie po teksty dobrze znane (chociaż niestety nie zawsze rozumiane przez przeciętnego widza, którego tak modna dziś intelektualna maniera często nie ma nic wspólnego z wiedzą), to podniesienie poprzeczki, skazanie na ciąg porównań i spore utrudnienie dla twórców, by wymyślić coś, czego jeszcze nie było. Wydaje się jednak, że Teatr Polski wreszcie podąża dobrą drogą. Padające ze sceny słowa, powtarzając za Kwintylianem, mogą spełniać swoje najszlachetniejsze funkcje – docere, delectare, movere. Wieczór Trzech Króli to sztuka wystawiana wielokrotnie (w samym Teatrze Polskim miało miejsce kilka inscenizacji). Tekst wciąż bawi i wzrusza. Na scenie widzimy historię księcia Orsino zakochanego w Olivii, którego wiernym sługą zostaje zakochana w nim Viola przebrana za Cezaria, w którym zakochuje się Olivia, do której miłością pała Malvolio… Prawdziwa komedia miłosna. Istotą sztuki zdaje się być pokazanie w krzywym zwierciadle człowieka jako takiego. Nikt tak naprawdę nie jest do końca sobą. Bohaterowie przybierają kolejne maski, ubierają w ładne słówka kłamstewka, żartują z siebie nawzajem i w swych dążeniach do zdobycia prawdziwej miłości stają się w końcu przerysowanymi karykaturami samych siebie. W tym wszystkim pozostaje jednak tęsknota za prawdziwym uczuciem i strach przed samotnością. Wieczór Trzech Króli rozpoczyna karnawał, czas zabaw i maskarad. W tym czasie mężczyźni przebierają się za kobiety, kobiety za mężczyzn, a cały świat opiera się na wywróconych prawach i absurdzie, będących opozycją do oficjalnych instytucji i zhierarchizowanego ładu świata. Nic dziwnego, że w tym bałaganie tożsamość zostaje zatarta. Co ma bowiem powiedzieć Viola, ukrywająca swoje uczucia względem Orsina, czarująca Oliwię w przebraniu Cezaria, tęskniąca za bratem bliźniakiem, który też przecież jest częścią jej samej? Kim naprawdę jest ta dziewczyna? Aktorzy wcielają się w role na naszych oczach. Oderwani od urlopowej atmosfery, zakładają kostiumy i dopiero wówczas zaczynają mówić językiem Shakespeare’a. Cała przemiana wiąże się niestety z wątpliwym doznaniem estetycznym. Cóż jednak poradzić na to, że dzisiejsi reżyserowie nie mogliby zasnąć, gdyby nie rozebrali aktora przynajmniej do kąpielówek? Pozostaje więc przyzwyczaić się albo przestać chodzić do teatru. Sceneria (spektakl rozpoczyna się w chwili, gdy okręt Violi i Sebastiana rozbija się u brzegów Ilirii) oddaje katastrofę, która się wydarzyła, jednakże „wrak” to nie statek, lecz teatr. Wszystko jest zniszczone, przekrzywione, scena, na której za chwilę zostanie rozwinięta intryga, zdaje się być ujęta w przełamaną ramę. Nie ma elementu, który nie pokazywałby, że aktorzy wprowadzą zaraz widza do „świata na opak”, splątanego siateczką nieoczywistych znaczeń czekających na odszyfrowanie. Przerysowane postacie skrywają w sobie silne emocje, tylko czekające na okazję, by wyjść na światło dzienne. Olivia (Agnieszka Grochowska) uderza wyeksponowaną siłą swoich uczuć, a Orsino (Radosław Krzyżanowski) epatuje egzaltowanym romantyzmem nieszczęśliwego amanta. Uwagę przyciąga Lidia Sadowa, która gra podwójną rolę Violi i Sebastiana (dołączając Cezaria –potrójną), raz po raz zmieniająca się na oczach widza, co jeszcze bardziej narusza przywiązanie osoby do konkretnej płci. Wszystko dzieje się w rytm współczesnej muzyki (w końcu Szekspir bez współczesności obyć się nie może, tak jak widz bez odsłoniętych nóżek aktorów) puszczanej przez DJ’a-Błazna (Paweł Krucz), którego rola została ograniczona do opowiadania głupawych dowcipów, początkowo żenujących publikę, by później pozostawić na scenie pewien posmak przepełnionej ironią goryczy. Bawią też postacie drugoplanowe (ciekawy duet sir Tobiasza Czkawki – Marcin Jędrzejewski oraz sir Andrzeja Chudogęby – Piotr Cyrwus). Jednakże o ile w oryginale miały one swoim prostym spojrzeniem na świat i często dosadnymi, rubasznymi tekstami rozweselać liryzm głównych bohaterów, o tyle w interpretacji dramatu tak skupionej na karykaturze są one po prostu dodatkiem do całej reszty. Nie można oczywiście tego powiedzieć o roli intendenta Oliwii, który dla wielu widzów zapewne był jedną z największych atrakcji przedstawienia. Jarosław Gajewski wzrusza i bawi do łez, chcąc wszelkimi siłami ukazać wielkie serce podstarzałego bufona Malvolia. Wydaje mi się, że sukces spektaklu w dużej mierze będzie zależał od zgody publiki na wybraną przez Dana Jemmetta konwencję. Wieczór Trzech Króli to sztuka przemyślana i interesująca. Mi osobiście z trudem udało się przejść przez uwspółcześniony akt I, a tańczący w rytm muzyki Radosław Krzyżanowski niestety przywołał skojarzenie z Tańcem z gwiazdami i wzbudził irytację. Dopiero jakaś wewnętrzna zgoda na przyjęcie tego, co aktorzy oferują na scenie, pozwoliła mi wejść do stwarzanego właśnie świata. Wówczas doceniłam ciekawą formę, szkatułkowość, liczne niedopowiedzenia i przewrotne przeinaczenia, pozwalające widzowi spojrzeć na człowieka, a więc i na siebie samego, z bezpiecznego dystansu. Wtedy łatwo zobaczyć, jak w swoim szaleńczym biegu za uczuciem ocieramy się o śmieszność.
|
|