Słowacki nazwał “Balladynę” “niby tragedią”. Ironiczny dramat łączy w sobie grozę, cudowność, patos, groteskę, lirykę i szyderstwo. Jest jednocześnie kryminałem, melodramatem, komedią, baśnią, moralitetem i teatrem absurdu. Jednak ludzie nakreśleni przez Słowackiego mają prawdziwe serca i przeżywają emocje podobne naszym.
Jarosław Kilian w swoim przedstawieniu opartym na arcydziele Słowackiego pokazuje dziewczynę, która dążąc do społecznego awansu realizuje swe ambicje nie licząc się z innymi. Balladyna (Magdalena Smalara) pnie się do góry i żyje “jakby nie było Boga”. Przejmująco aktualna jest relacja Matki i córki - dziecka, które awansując wstydzi się swego pochodzenia. (W roli matki Ewa Dałkowska). Dramat Słowackiego odczytywany w kontekście działających dziś mechanizmów rządów bez zasad, drapieżnych ludzkich zachowań doskonale opisuje otaczającą nas rzeczywistość. Historia Balladyny, która zabiła siostrę za dzbanek malin, może kojarzyć się z relacją wyczytaną we wczorajszej gazecie: o gimnazjalistce, która z zazdrości zamordowała koleżankę, o sukcesie ludzi pozbawionych skrupułów, o zepsuciu na szczytach władzy. Poetycki dramat na scenie Teatru Polskiego daleki jest jednak od reportażu. Żeby jednocześnie przedstawić cudowność i realizm zdarzeń Słowacki odwołał się do ludowej ballady. Jarosław i Adam Kilianowie w swoim spektaklu odnoszą się do świata naiwnej wyobraźni, do malarstwa Nikifora i sztuki plebejskiej. To naiwne spojrzenie na rzeczywistość, “prowincjonalne” widzenie świata pokrewne są tamtej romantycznej wizji inspirowanej poezją ludową.
Na scenie fantastyczne zdarzenia dzieją się w objazdowym cyrku, a “jak malowany” pałac Kirkora przypomina tło używane przez jarmarcznych fotografów.
Muzyka Grzegorza Turnaua grana na żywo przez zespół, w który prym wiedzie akordeon (Klaudiusz Baran), wprowadza nas w klimat podmiejskiej ballady.
Przed nami tajemnica świata nadprzyrodzonego i prawda o życiu na jednej scenie.
Już w pierwszej scenie spektaklu w warszawskim Teatrze Polskim żołnierze Kirkora nieprzyjemnie poczynają sobie z Pustelnikiem, wyrywając mu jego tobołek, a potem grając z nim w "głupiego[...]
Już w pierwszej scenie spektaklu w warszawskim Teatrze Polskim żołnierze Kirkora nieprzyjemnie poczynają sobie z Pustelnikiem, wyrywając mu jego tobołek, a potem grając z nim w "głupiego Jasia". Pustelnik zresztą zatracił resztki swego królewskiego dostojeństwa. Nogi owinął sobie gazetami i przewiązał je sznurkiem. W tłumie bezdomnych na Dworcu Centralnym niczym by się nie wyróżniał.
Światem tej "Balladyny" rządzi znana z dzieł krynickiego malarza naiwność. Uwaga jednak, bo to zwodnicza gra! Owa naiwność to naiwność próżnego i zakochanego w sobie Kirkora. W jego uczucie do sióstr trudno uwierzyć nawet na moment. To także naiwność Grabca, wiejskiego prostaka i pijaka, który - założywszy złotą koronę - po Gombrowiczowsku rośnie królem. Szybko odnajduje się w nowej roli, stając się naprawdę groźny. I jeszcze jedno - Grabiec w królewskim płaszczu z kolorowej, bogato zdobionej kołdry, ze sznurkową brodą i jabłkiem nabitym na niewielki kijek w charakterze berła, mógłby być bohaterem z dziecinnego teatrzyku. A jednak w jego oczach, chamskim tonie i obleśnym poklepywaniu się po udach czai się nieokiełznane okrucieństwo. I tak do tego bajkowego z pozoru widowiska wkrada się gorzki smak współczesności.
To "Balladyna" bez jasnych postaci. Bo czy za taką można uznać Alinę, skoro od pierwszej chwili popatruje na siostrę zjadliwie, a potem nawet szyderczym śmiechem prowokuje ją do ostatecznego ataku? Nawet Matka bardzo "konkretnie" domaga się od córki lepszej sukni. Czyżby po to, żeby mogła się nią pochwalić na niedzielnej mszy? Ta Matka jest stąd, żyje teraz. W jej małym świecie nie ma miejsca na wzniosłość. Jest prosta miłość i oddanie, ale też zazdrość, żądanie zapewnienia opieki na starość. A końcowa ofiara za córkę nie ma w sobie nic z patosu antycznych tragedii. Tak umierają anonimowe matki w swoich maleńkich izbach. Opuszczone, samotne, bo poświęciły życie dla dzieci, a te o nich zapomniały.
W tej sytuacji Balladyna może być przysadzistą dziewczyną w kwiaciastej sukience i o zaciętym, wyzywającym spojrzeniu. Z determinacją walczy o wejście do lepszego świata. Dziś może długo przesiaduje pod wiejskim sklepem, pije wino, pali papierosy i daje się podszczypywać chłopakom. Kirkor przybywa do niej jak przybysz w lśniącej limuzynie.
Reszta jest tylko konsekwencją pierwszego wyboru. Smalara ani myśli czynić ze swojej bohaterki tragiczną heroinę. Wie, że nie takie jest jej zadanie. Gra kogoś, kto za wszelką cenę usiłuje przekroczyć i narzuconą jej, i wewnętrzną granicę. To aktorstwo odważne. Balladyna Smalary jest okrutna, ale bywa też żałośnie śmieszna. A przy tym uwięziona w swym ciele, nawet nie próbująca znaleźć od niego ucieczki.
"Balladyna" - jak kiedyś Molierowski "Don Juan" w reżyserii Jarosława Kiliana z tego samego teatru - jest przedstawieniem gorzkim. Dzieło Słowackiego ma w podtytule słowo "tragedia" i to stanowi dla inscenizatorów kolejne wyzwanie. W tym spektaklu, z bohaterką, która znalazłaby może wspólny język z dziewczynami z filmu "Cześć, Tereska", o tragedii w dawnym tego słowa rozumieniu nie może być mowy. Dlaczego? Bo dzisiejszy świat, przynajmniej ten, o jakim mówi Kilian, zatracił tragiczny wymiar. Dziś tragizm to nie są dylematy Antygony, Elektry, ani przekleństwo Balladyny. Dzisiaj tragizm, jak w przedstawieniu Kilianów, tonie w szarości. Tu nie ma wielkich sporów, bo dobro skarlało i nie jest dla zła żadną przeciwwagą. Tutaj współczesne Balladyny śmiertelnie godzą nożem swe koleżanki z klasy. Zadają im kilkanaście ciosów. W tym świecie nie ma mowy o katharsis.
Ocalało za to współczucie. Skierka i Chochlik - w paradnych strojach - z początku wypełniają zadania wszędobylskich elfów, nie odróżniając się zbytnio od reszty całego szemranego towarzystwa. Z czasem jednak, gdy scenę zaczyna trawić mrok, znika gdzieś ich beztroska. W jasnych prochowcach stają się tylko obserwatorami wydarzeń. Patrzą na ten świat z rozpaczą i niedowierzaniem. Podczas ostatniej skargi Matki oczy Skierki (Monika Pikuła - aktorskie odkrycie przedstawienia) wypełniają się łzami. I to wystarczy za wszystkie słowa.