premiera: 15.01.2009
Antoni Czechow
 Reżyseria: | |
Wieniamin Filsztyński
| Dekoracje: | |
Aleksander Orłow
| Kostiumy: | |
Irina Czerednikowa
| Reżyseria światła: | |
Gleb Filsztyński
| Muzyka: | |
Irina Cieślukiewicz
| Asystent reżysera: | |
Wojciech Urbański
| Serwis fotograficzny: | |
Stefan Okołowicz
|
W położonym na zapadłej prowincji dworze, gdzie mieszkają pani Wojnicka, jej syn Iwan i jego siostrzenica Sonia, życie biegnie utartym rytmem codziennych obowiązków... Każdy zna swoje miejsce i pokornie godzi się z losem. Lekarz Astrow topi egzystencjalne rozterki w kieliszku, zubożały sąsiad Tielegin snuje się po kątach z gitarą, na której wygrywa smętne melodie, stara niania wraz z panią Wojnicką dobrocią i wyrozumiałością ratują dom od upadku, a jego mieszkańców od zwątpienia, zaś Iwan, zwany wujaszkiem Wanią i Sonia ciężko pracują w majątku. Wysyłając pieniądze właścicielowi dóbr, profesorowi historii sztuki Sieriebriakowowi - ojcu dziewczyny, wierzą, że choć sami niewiele mają z życia, to swoim poświęceniem i oddaniem gwarantują wielkiemu intelektualiście możliwość prowadzenia pracy naukowej. Nieoczekiwany przyjazd profesora z drugą żoną - młodą, piękną Heleną, brutalnie burzy spokój serc i sumień mieszkańców dworu. I choć z pozoru, po wyjeździe profesora nic się nie zmienia to w rzeczywistości nic już nie jest takie jak było... Bohaterowie Czechowa, choć osadzeni w konkretnej rzeczywistości rosyjskiej prowincji XIX stulecia - z charakterystyczną dla niej rodzajowością społeczną i psychologiczną, nie są pozbawieni cech uniwersalnych. Bezradność wobec życia, niepewność jutra, chęć działania i równocześnie doskwierająca niemożność zmobilizowania się do czynu…. Wielkie dramaty zwykłych ludzi – dramaty nieobce nam do dziś. Strach przed czymś czego nie umie się nazwać, a czego nadejście nieustannie się przeczuwa. Tęsknota za czymś czego nie umie się określić, a czego chciałoby się najbardziej na świecie. Czekanie na coś, o czym wie się tylko i aż tyle, że rozpaczliwie i uparcie się na to czeka. Ot życie… Antoni Czechow uważał się za człowieka pogodnego, był też przekonany, że jego pisarstwo nie jest z założenia przygnębiające. Komentatorzy jego twórczości zwracali uwagę na to, że dramaty Czechowa nie są smutnymi sztukami opowiadającymi o losach śmiesznych bohaterów, a wręcz odwrotnie - całkiem śmiesznymi sztukami o ludziach, których często ogarnia smutek. I na taki spektakl Państwa zapraszamy – melancholijny, ale nie pozbawiony ciepłego humoru. Mamy nadzieję, że interpretacja Wieniamina Filsztyńskiego pozwoli Państwu odkryć Wujaszka Wanię na nowo - któż bowiem lepiej może przełożyć Czechowa na język teatru jeśli nie Rosjanie. W podsumowaniu sezonu 2008/2009, opublikowanym tradycyjnie przez miesięcznik "Teatr", wśród najważniejszych wydarzeń artystycznych wymieniono również "Wujaszka Wanię". Janusz Kowalczyk i Jacek Wakar uznali ten spektakl za najlepsze przedstwienie sezonu. Ponadto recenzenci ci wyróżnili Wieniamina Filsztyńskiego za reżyserię i Mariusza Wojciechowskiego za główną rolę męską. Tomasz Miłkowski, Szczęście, czyli ułuda, /Przegląd /, 21.01.2009
«U Czechowa zawsze to samo i zawsze to, co najważniejsze: pogoń za szczęściem, choćby marzenie o pogoni, i nieuchronna katastrofa. Taki jest "Wujaszek Wania", którego wszyscy bohaterowie[...]
...«U Czechowa zawsze to samo i zawsze to, co najważniejsze: pogoń za szczęściem, choćby marzenie o pogoni, i nieuchronna katastrofa. Taki jest "Wujaszek Wania", którego wszyscy bohaterowie ponoszą klęskę. No, może tylko Mamam (Barbara Dobrzyńska) jest zbyt mało rozgarnięta, aby zauważyć katastrofę. Jak do tego dochodzi, możemy obserwować w warszawskim Teatrze Polskim, gdzie inscenizacji podjął się wybitny rosyjski pedagog i reżyser, laureat Międzynarodowej Nagrody im. Stanisławskiego, profesor Wieniamin Filsztyński. Rezultat jego współpracy z zespołem teatru może przyprawić o zawrót głowy. Oto teatr, któremu młoda krytyka wystawiła już dawno artystyczny nekrolog, okazuje się nad podziw żywy, poruszający, pod każdym względem wzorcowy. To po prostu olśniewający spektakl, który dezawuuje wszystkie wydumane przy komputerze opinie o śmierci teatru dramatycznego. Bez żadnych przebieranek, udawanek, uwspółcześniania na siłę Filsztyński buduje zdyscyplinowany spektakl, który aż kipi od emocji. Wszystko tu się ze wszystkim zgadza. Jeżeli błyska i grzmi, to podwiewa też firankę. Jeśli Sonia zdejmuje kalosze, to potem je wkłada, jeżeli ma być herbata, to samowar musi być ciepły, a jak stara niania (Łucja Żarnecka) robi skarpety, to wie, jak się posługiwać drutami. Wszyscy aktorzy grają jak natchnieni, jakby wstąpiła w nich nowa energia. Astrow Tomasza Borkowskiego to kreacja, nie waham się tego powiedzieć, wybitna. Aktor odnalazł idealną formę wyrażenia osobliwości bohatera, w którym ścierają się tęsknota za wielkim czynem, za pełnią życia z ciężarem pospolitości. Smutek i trwogę, które go ogarniają, pokrywa uśmiechem, towarzyskim polorem. W kulminacyjnej scenie rozmowy sam na sam z Heleną (Małgorzata Lipmann) nerwowymi "gryzami" pochłania jabłko - to niemal jedyny znak trawiącej go namiętności. A kiedy na koniec, już odtrącony i przegrany ma odjeżdżać, próbuje zbliżyć się do zapomnianych przyjaciół, Wujaszka i jego siostrzenicy Soni (Katarzyna Stanisławska), nieszczęsnego Tielegina (Dominik Łoś) nawet Mamam, ale na próżno, już od nich nie należy. Podobnie w zachwyceniu można komentować role Mariusza Wojciechowskiego (Wujaszek Wania), nieznośnie drwiącego z otoczenia, a w środku niemal martwego, Krzysztofa Kumora (Sieriebriakow), który jako emerytowany profesor pasożytuje na otoczeniu, którym pogardza i którego nawet nie chce zrozumieć. I tak do końca obsady. Sztuka trwa 4 godziny, ma 3 przerwy, i ani minuty za długo. Po każdej przerwie łoskot bębna i tęskne nuty przywracają nastrój, a światło, rosnąc i obumierając, wyznacza pory dnia. Na koniec robotnicy teatralni w strojach parobków zamykają wielkimi drewnianymi osłonami czwartą ścianę pudełka drewnianej sceny, wybudowanej na wielkiej scenie Teatru Polskiego, gdzie zmieściła się także cała stukilkudziesięcioosobowa widownia. Prawdziwy cud: reżyser spotkał aktorów. I miał tekst. Niezłego autora. Tekst publikowany w tygodniku "Przegląd". Tomasz Miłkowski 27-01-2009 Barbara Hirsz, Bunt w postaci tradycyjnej, /Trybuna/, 20.03.2009
«Wieniamin Filsztyński inscenizuje "Wujaszka Wanię" w Polskim tak, jakby nie było dwudziestego wieku z jego dyktatem nowości, z postmodernizmem na końcu. Pokazuje absolutny realizm moskiewski,[...]
...«Wieniamin Filsztyński inscenizuje "Wujaszka Wanię" w Polskim tak, jakby nie było dwudziestego wieku z jego dyktatem nowości, z postmodernizmem na końcu. Pokazuje absolutny realizm moskiewski, którego prawodawcami byli Stanisławski i Czechow. Z pietyzmem pochyla się nad tekstem autora, akademicko maluje słowa, ludzi i miejsca. Wszystko musi być tak prawdziwe jak dacza z heblowanych desek, gorący samowar, biały ser na kolację i wiatr poruszający firanki w oknie. Teatr musi być życiem samym. W bezbarwnej egzystencji wiejskiej prowincji trzeba odkryć barwy. Trzeba nimi wypełnić portret familii we wnętrzu. Aż zamknięta zostanie drewnianymi panelami rama sceny i aktorzy ustawią się przed domem jak do rodzinnej fotografii. Filsztyński patrzy na bohaterów sztuki oczami Czechowa. Z boleściwie kochającą ironią odsłania narastający daremny dysonans między ludźmi. W pracy nad rolą tradycyjnośc ala Stanisławski, wspiera współczesny dialog aktora z postacią, daje ciekawe efekty, nowe i zaskakujące interpretacje. Wojciechowski w nieszczęśliwym wujaszku Wani odkrywa postać tak śmieszną, że aż smutną. I błazeństwo, od którego tylko krok od rozpaczy. Astrow Borkowskiego egzystencjalną udrękę zakrapia alkoholem, cynizmem i utopią radosnych pokoleń. Lipmann daje Helenie wdzięk, urok i jasność, przy niej naprawdę zaczyna się tęsknić za urodą życia. I nawet złych charakterów nie ocenia się tutaj zbyt surowo. Sieriebriakow Kumora tak zwyczajnie i naturalnie przejawia oschłość serca, że po prostu nie może widzieć pustki swojej uniwersyteckiej kariery i egoizmu. Czujemy, że w świecie komedii ludzkiej wszyscy są ofiarami losu i okoliczności bytowania na tej biednej ziemi Niesamowity jest czwarty akt, rozciągany w czasie wbrew wytrzymałości widza. Już jesteśmy po strzelaninie i ataku furii wujaszka. I teraz, na samym dnie smutku, przemawia do nas gorzki ironista Czechow. Właśnie pożegnali się Sieriebriakowie - Kumor i Lipmann. Wybrzmiały dźwięki odjazdu. Zapada wiejska cisza. Ale w długich reżyserskich pauzach słychać ciszę kosmosu. Niania Żarnecka modli się w myślach. Łoś - Andrut, głupek i fajtłapa, niezdarnie zabiera się do gitary. Borkowski - Astrow ociąga się z odjazdem, ogląda mapę Afryki, za zdawkowym stwierdzeniem o tamtejszych upałach kryje się tęsknota za innym życiem. Pisarz celowo wskazuje w didaskaliach ścienną mapę Afryki "najwidoczniej tutaj nikomu niepotrzebną". Bohaterowie nie zmienią swojego losu. Czechow, który wędrował po bezdrożach pesymizmu, wczytywał się w Schopenhauera wraz z całą epoką, opowiada teraz złudzenia, które pozwalają człowiekowi żyć. Finał należy do Soni. Oto monolog przez autora skierowany do Wani. Ale Stanisławska na niego nie patrzy. Wypowiada słowa ponad jego głową. W tym życiu, gdzie wspólna jest tylko choroba na nieuleczalne cierpienie, dusze nie stykają się. Ona mówi do nas, do całego świata. O nagrodzie i zmiłowaniu po śmierci, i o pracy, która przecież ani Soni ani wujaszkowi nie da zadośćuczynienia. Długa, trwająca cztery godziny narracja, pastelowa i subtelna, w psychologicznych półtonach i półcieniach, wsparta jest na wyszukanej kompozycji. Nie traci poezji właściwej dla impresjonizmu naturalistycznego dramatopisarza. I tu także realizatorzy wczytują się w tekst. Zdanie profesora Sieriebriakowa gderającego na dom tak wielki jak labirynt daje podstawę do teatralnej metafory. Scenograf Aleksander Orłów projektuje ruchome ściany, którymi modę luje różne plany przestrzenno-świetlne. Dzięki nim nie uronimy nic z intymności i prawdy cichego domowego nastroju. Dom w dzień leniwie tkwiący w upale lata podlega żywiołom nocy. Astrow, Wania i Tielegin urządzają sobie bibę po rusku ze śpiewami. Stetryczały profesor marudzi i nie daje nikomu spać. Przez moment samotny Astrow stoi zagubiony w obcym mieszkaniu. A tam Sonia chłodzi twarz zimną wodą, szczęśliwa, bo odważyła się porozmawiać z ukochanym. Aranżacja ścian układa się w szereg impresyjnych fotografii. Piękny pomysł portretowania ulotnych chwil. Tak widział życie Czechow, i dawno już rzecz całą zanalizowali badacze, jako labirynt chwil płynących równolegle do siebie. Wieniamin Filsztyński z nostalgiczną wyobraźnią odtwarza Czechowowski świat. W tym sensie tradycyjna i klasyczna estetyka spektaklu jest usprawiedliwiona, wpisuje się w obraz epoki. Ale czy ta staroświeckość sama siebie świadoma, zamieszkująca w nostalgicznej wyobraźni, nie jest buntem wobec szoku nowości? Ten dagerotyp familii z przeszłości jest niczym zakładka w postmodernistycznej księdze. Postaci namalowane prawdziwymi farbami ale powściągliwie, nie szukają z nami zbyt łatwego kontaktu. Dyskretnie zachowują swoje tajemnice. Gdy zaczynamy zadawać im pytania, odnajdujemy własne życie. I wtedy okazuje się, że przeszłość nie do końca jest przeszła, a nowość nie tak całkiem nowością.» "Bunt w postaci tradycyjnej" Barbara Hirsz Trybuna nr 67 20-03-2009
|
|