|
Aktualności - wydarzeniaRepertuar Spektakle - aktualne- zapowiedzi - archiwum Zespół - dyrekcja- aktorzy sezon bieżący - artyści współpracujący Teatr - Arnold Szyfman- Historia - Wydawnictwa Galerie - spektakle- spektakle archiwalne - aktorzy - teatr - wydarzenia - za kulisami Bilety - Newsletter- informacje dla widzów - plan widowni - rezerwacje - Kasy i BOW - Cennik biletów Kontakt - dane teleadresowe- mapa lokalizacyjna Partnerzy BIP
![]()
Dramaty wieszczów narodowych nieczęsto są grywane na naszych scenach.. Czyżby wystraszyły reżyserów, aktorów, dyrektorów teatrów, publiczność…? Czego właściwie się boimy? Romantycznej poezji? Śmieszności języka wieszczów? Wielkich dylematów? Konfrontacji z mitem? Czym jest dla nas Mont Blanc? Czy umiemy dziś zrozumieć dramat „nieodrodnego dziecięcia wieku”? Czy ciągle dręczy nas właściwy bohaterowi romantycznemu „jaskółczy niepokój”? Czy rzeczywiście dzisiejsze „pokolenie porno” woli patrzeć na świat z perspektywy szaletu, niż ze szczytu Mont Blanc? Można przypuszczać, że we współczesnym świecie mity romantyczne rozsypały się jak budowla z klocków. Po młodzieńczy dramat Słowackiego sięgnał reżyser najmłodszego pokolenia – Paweł Passini, który chce wierzyć, że romantyczne teksty i podejmowane przez nie problemy nadal są w nas obecne, że istnieje jeszcze coś takiego, jak zbiorowa podświadomość i że przyszedł czas by spróbować się wobec niej po raz kolejny określić. Realizatorzy, podobnie jak grający tytułową rolę aktor Tomasz Borkowski, mają niewiele więcej lat niż Słowacki, kiedy pisał Kordiana. Mierząc się z romantyzmem potrzebujemy dziś spojrzenia nieodrodnych dzieci naszego wieku. To one muszą pozbierać rozsypane klocki i coś z nich na nowo zbudować.
Dariusz Kosiński Nie odejść bez odpowiedzi tekst napisany do programu spektaklu
Gdy dramat Juliusza Słowackiego Kordian. Część pierwsza trylogii. Spisek koronacyjny ukazał się w Paryżu w ostatnich dniach lutego 1834, nie wywołał ani wielkiego entuzjazmu, ani skandalu, ani nawet poruszenia. Jedna chłodna i do dziś anonimowa recenzja w dzienniku Les Polonais, powtarzane z satysfakcją przez autora, ale chyba niezbyt rozpowszechnione plotki, że wydane anonimowo dzieło napisał Mickiewicz i kilka złośliwych uwag zapisanych w prywatnej korespondencji lub dziennikach – to wszystko. Polacy nie poczuli się ani wstrząśnięci, ani oburzeni, ani zachwyceni. Wszystkie swoje uniesienia i wstrząsy najwyraźniej zużyli już na wydane wcześniej Dziady, rozpoznane natychmiast jako dzieło wieszcza i proroka, jako niemal Biblia narodowa (choć Biblia co się zowie heretycka). Po raz kolejny okazało się, że na Słowackiego w sercach współczesnych nie ma przy Mickiewiczu miejsca, więc nieszczęsny „drugi wieszcz” (nieszczęsny, bo drugi i nieszczęsny, bo wieszcz) musiał sam ukuć odpowiednią formułę, by potomni mogli odnaleźć dla siebie Kordiana. Stworzył ją pięć lat po opublikowaniu dramatu, gdy w gniewnej polemice ze Stanisławem Ropelewskim napisał, że „Kordian świadczy, żem jest rycerzem tej napowietrznej walki, która się o narodowość naszą toczy”.
Formuła rzeczywiście się przydała. Kilkadziesiąt lat po śmierci Słowackiego na świecie pojawiło się pokolenie jego gorących miłośników, którzy – często ku zgorszeniu generacji swych ojców – odkrywali w nim nie tylko duszę bratnią, ale także mistrza, przywódcę i mistagoga wprowadzającego w ezoteryczne tajemnice świata i dziejów. To oczywiście pokolenie modernistów, które w znacznej mierze odpowiada za uczynienie z autora Kordiana drugiego wieszcza, czego ostatnim aktem było wydobycie jego doczesnych szczątków z wygnańczego grobu, ceremonialne przewiezienie ich do Polski i złożenie na Wawelu 28 VI 1928. Wielkie zasługi dla dopełnienia tego aktu miał Marszałek Józef Piłsudski, od lat wielbiciel poezji Słowackiego, przez swoich współczesnych uważany wprawdzie za wcielenie Mickiewiczowskiego „Czterdzieści i cztery”, ale sam chyba mocniej związany z Kordianową bezkompromisowością. To właśnie jego generacja i jego środowisko, zbuntowane przeciw polskiemu establishmentowi coraz bardziej oswojonemu z niewolą, uczyniło Kordiana „księgą zbójecką” polskiego patriotyzmu ofiarniczego, rzucającego szaleńcze wyzwania rozsądnym kompromisom i tym samym kompromitującego je. W pokoleniach następnych taka żywa lektura, lektura buntownicza, odzywała się jeszcze niekiedy, ale stopniowo była wyciszana dzięki zastosowaniu niezawodnego mechanizmu przekształcenia dzieła sztuki w szkolną lekturę obowiązkową, narzucaną wbrew woli i komentowaną zgodnie z odgórnie przyjętymi założeniami. Kolejne pokolenia Polaków czytały więc Kordiana, bo musiały, dowiadując się przy okazji, że jest to typowy bohater romantyczny: nadwrażliwy młodzieniec o dobrym serduszku, ale słabej głowie, który zamiast pracować i walczyć za ojczyznę, postanowił bezsensownie dla niej zginąć. W efekcie Część pierwsza trylogii stawała się dziełem coraz bardziej historycznym, coraz mniej zrozumiałym, aż wreszcie po 1989 odesłana została do lamusa wraz z „paradygmatem romantycznym” i całą „problematyką narodowo-wyzwoleńczą”. Wykreślono ją nawet ze spisu szkolnych lektur.
Nie jest to znowu rzecz taka najgorsza – lepiej trafić do lamusa, niż tkwić za zakurzonym szkłem w muzealnej gablocie. Zawsze mieć można nadzieję, że do tego lamusa zajrzy jakiś poszukiwacz przygód i przeczyta Kordiana na nowo, by ze zdumieniem odkryć, jak bardzo skandaliczne i nieproste jest to rzekomo pomnikowe dzieło. Zamiast portretu pokoleniowego zapaleńca znajdzie tam wyrwane z własnego bólu dzieje człowieka, który rozpaczliwie szuka swego miejsca i choć bardzo chce wreszcie je znaleźć, tkwi w nim coś, co propozycjom składanym mu przez świat każe mówić „nie”. Kordian kolejno – czasem z obrzydzeniem i ulgą, ale częściej z bólem – odrzuca: dom rodzinny i rodzimą tradycję, stateczną miłość i przyszłe małżeństwo, pieniądze, poezję, seks, religię, politykę i wreszcie – walkę i zbrodnię popełnianą w imię ojczyzny. Tak to trzeba zobaczyć. Trzeba zobaczyć stojących w jednym szeregu i umieszczonych obok siebie dziwkę Violettę i Papieża, ostrożnego Prezesa i krwawego Cara, by zrozumieć, jak bardzo daleki od szkolnych uładzeń jest ten dramat, napisany przez dwudziestoczterolatka. I trzeba jeszcze zobaczyć, że za wszystkimi tymi osobami stoi największy i najgroźniejszy Przeciwnik, który odwiedza Kordiana jako Doktor. Odwiedza, by go uleczyć ze szkodliwych uniesień, by mu zaaplikować tę samą lekcję, którą świat próbuje (zazwyczaj z powodzeniem!) zaaplikować każdemu z nas – lekcję codziennego teatru, kompromisu i przystosowania.
Rzekomo nadwrażliwy słabeusz także jemu mówi „nie”. Wyszedłszy zwycięsko ze starcia z najgroźniejszym przeciwnikiem (a przypomnijmy, że podobną walkę przegrał Bohater Polaków – Konrad), podsumowuje swoją drogę dotychczasową buntowniczym i gniewnym monologiem, w którym powtarza liberum veto „dawnych Polaków”:
Niech się rojami podli ludzie plenią (…) Nie będę z niemi.
Brzmi to być może pysznie i straceńczo, ale skontrastowane z rozpaczliwymi monologami umierania brzmiącymi tuż przed i tuż po, jawi się raczej jako wyraz postawy heroicznej, wyraz przekonania, że „ja”, które jest przed zbrukaniem ocalane przez śmierć warte jest jej poniesienia. Kiedyś wysunąłem przypuszczenie, że to „własne przekonanie”, ta „dusza duszy” Kordiana wiąże się z jakąś jego tajemnicza misją, której nie zna jeszcze nawet on sam, że – innymi słowy – Kordian jest zbawicielem zagubionym w opanowanym przez Szatana świecie, gnostyckim Księciem w Egipcie. Nie trzeba jednak wcale odwoływać się do tak odległych skojarzeń, by jego postawę zrozumieć, to znaczy zobaczyć ją jako żywą i współczesną. Więcej nawet – bohater Słowackiego staje się nam bliższy, gdy o misji i „gnostyckim świetle” zapomnimy i zgodzimy się, że jeśli Kordian jest wybrany i cenny, to tylko (aż!) w takim samym stopniu jak każdy z nas. Jeśli uznajemy (a przecież uznajemy), że świat, na którym żyjemy, jest nie do życia, to co jest dziwnego i niezrozumiałego w geście jego radykalnego odrzucenia, w walce o obronę własnej niepodległości? W czasach, gdy Słowacki przeżywał swoją młodość, niepodległość własną niemal odruchowo łączono z niepodległością ojczyzny, marząc, że zmartwychwstała Polska będzie krajem wolnych ludzi i duchów. Wyleczeni z tego marzenia przez Polskę niepodległą, z dnia na dzień jesteśmy świadomi coraz bardziej, że niepodległość własna wymaga trudu i bezkompromisowej obrony w nadziei znalezienia tego, ku czemu jesteśmy. Taką właśnie walkę prowadzi Kordian – szaleniec mówiący „nie” w imię nieznanego, które wciąż jest przed nim.
Ostatecznie tymi, którzy decydują, czy „piętnastoletni młodzieniec” jest rozpoetyzowanym naiwniakiem czy egzystencjalnym herosem jesteśmy my. To nasze reakcje i wybory, wzruszenie serca lub ramion, dają odpowiedź na pytanie, które zadaje, którym jest bohater stojący przed plutonem egzekucyjnym. Otwarte zakończenie Kordiana to zastawiona na nas pułapka, z której nie można uciec bez udzielenia odpowiedzi.
Stój! Adiutant jedzie!
Oficer go nie widzi… rękę podniósł w górę. |