 Scenografia: | |
Jarosław Kilian
| Muzyka: | |
Robert Kanaan
| Przygotowanie wokalne: | |
Małgorzata Wosińska
| Konsultacje iluzjonistyczne: | |
Tomasz Bieliński
|
"Gwiazdy na porannym niebie" - sztuka napisana w 1982 roku - uczyniły z Aleksandra Galina jednego z najpopularniejszych rosyjskich dramaturgów współczesnych – zarówno w kraju jak i zagranicą. Jego sztuki w bezkompromisowy sposób konfrontujące Rosję i Rosjan z dwudziestowiecznym kapitalizmem oraz szybkimi przemianami społecznymi i obyczajowymi, szybko zdobyły zwolenników wśród widzów i krytyki. Polska prapremiera "Gwiazd..." odbyła się w 1989 roku w Teatrze im. Kochanowskiego w Opolu. Sztuka opowiada o kilku dniach z życia moskiewskich prostytutek, które na czas trwania olimpiady w 1980 roku zostały deportowane ze stolicy, by nie psuć wizerunku miasta w oczach zachodnich gości. Utwór pozornie polityczny jest przede wszystkim sztuką psychologiczną, pokazującą w sposób uniwersalny ludzkie bolączki. Jest opowieścią o dążeniu do szczęścia i poszukiwaniu akceptacji. Przemysław Skrzydelski, Aktorzy odkupują świat, /Dziennik Gazeta Prawna - Kultura nr 45/, 05.03.2010
Andrzej Pieczyński zrobił spektakl, który przywraca wiarę w to, że w teatrze wzruszenia nad ludzkim losem mogą mieć wielką siłę. Powie ktoś, że to banał w dobie eksperymentów. Nieprawda. Ta prostota d[...]
...Andrzej Pieczyński zrobił spektakl, który przywraca wiarę w to, że w teatrze wzruszenia nad ludzkim losem mogą mieć wielką siłę. Powie ktoś, że to banał w dobie eksperymentów. Nieprawda. Ta prostota dręczy i podważa sumienia. Czasem odczytanie na nowo tekstów silnie osadzonych w realiach minionych epok nie daje rezultatu. Po próbie odkurzenia z bladych już aluzyjnych odniesień może pozostać niewiele. Na kameralnej scenie warszawskiego Teatru Polskiego udało się tę pułapkę ominąć. „Gwiazdy na porannym niebie” Aleksander Galin napisał w 1982 roku, wówczas był to tekst na wskroś polityczny, i tak też go wystawiano. Szybko zdobył rozgłos, stawiając autora w rzędzie rosyjskich dramaturgów nowej fali. A u nas brano go na warsztat bodaj cztery razy i to tylko w wyjątkowym czasie przełomu ’89/’90. Historię kilku dni z życia prostytutek Lory, Anny, Marii i Klary deportowanych z Moskwy na czas olimpiady do internatu będącego niegdyś szpitalem psychiatrycznym pokazuje Pieczyński najprostszymi środkami. Na scenie mamy oszczędną scenografię Jarosława Kiliana, rzędy obskurnych stalowych łóżek szpitalnych, w tle zaś kolejne, tym razem piętrowe. Rzec można, okrutny przytułek dla wykluczonych, gdzieś za stolicą Rosji. Kilian zbudował scenografię z dbałością o szczegóły najdrobniejszych przedmiotów. I to w zasadzie wszystko, bo cała reszta należy do aktorów i siły ich zespołowego zgrania oraz dialogu. Tutaj udało się osiągnąć coś wyjątkowego. Najpierw pojawia się Lora (Małgorzata Sadowska), szybko poznaje nadzorczynię ośrodka, cyniczną Walentynę (Łucja Żarnecka), która przyjmując do ośrodka kolejne dziewczyny spod moskiewskich latarni, spełnia tylko niechciany obowiązek. Drażni i prowokuje. Mocna to rola i tylko chwilami Żarneckiej można zarzucić przesadne retoryczne cyzelowanie dialogu. Sadowska zaś buduje postać na subtelnych odcieniach, powoli się odsłania, jednocześnie wobec innych prezentując odrębność luksusowej damy, takiej co to na co dzień zajmuje się także sprawami z lepszego świata. W końcu pracuje w cyrku. Jednak i to nie przesłoni jej prawdziwego losu. Za wszelką cenę poszukuje zrozumienia. Nie przypuszcza, że znajdzie je w kilkudniowej znajomości z Aleksandrem (w tej roli reżyser), wycofanym z życia nadwrażliwcem, który kiedyś leczył się w tym szpitalu, a teraz do niego zagląda, uciekając z innego zakładu. Rola Pieczyńskiego, w spektaklu niby drugoplanowa, urasta do rangi aktorskiego popisu. To obraz przegranego marzyciela próbującego obronić się przed drastycznym światem, w którym nie ma miejsca dla takich odszczepieńców. Bezbronność w każdym ruchu i geście, nagłe wybuchy odwagi i nie pohamowanej woli, by wtrącić do dyskusji swoje zdanie, to najmocniejsze punkty tej kreacji. Na koniec Aleksander stanie się cichym, ale najsurowszym oskarżycielem bezlitosnej rzeczywistości. I jeszcze Ewa Makomaska jako Anna, nie z własnej winy zupełnie przegrana kobieta, w chwilach ostateczności broniąca jednak elementarnej godności. Uderzające, z jaką determinacją namawia Marię do zaufania Koli (w wyraźnie na sentymentalnej nucie zbudowanych rolach Marta Dąbrowska i Maciej Mikołajczyk,), synowi Walentyny, i wejścia w związek mimo gróźb jego matki. Makomaska wnika w tę rolę bez najmniejszego kompromisu, wiele ryzykując, bo wbrew pozorom buduje ją na wyraźnym odniesieniu do własnej intymności czy wręcz fizyczności. Wszystko jednak nie zahacza o jakąkolwiek nachalność, jest wyrazem poetyckiego wręcz wymiaru postaci. Gdy dodać jeszcze ostry, gwałtowny epizod Zuzanny Lipiec jako wulgarnej, wyrachowanej Klary, otrzymujemy aktorski koncert, którego ostatnio na scenach ze świecą szukać. A role Makomaskiej i Pieczyńskie go należy uznać za perełki sezonu. Przemysław Skrzydelski, Dziennik Gazeta Prawna - dodatek Kultura nr 45/05.03.2010 Tomasz Miłkowski, Gwiazdy na porannym niebie, /Mój pamiętnik teatralny (luty 2010) /, 05.03.2010
Dwadzieścia lat minęło od ostatniej premiery tej sztuki w Teatrze Studio – wtedy reżyserował ją Jarosław Kilian, a czasy były takie, że liczyły się bardziej smaczki polityczne, niż warstwa psychologic[...]
...Dwadzieścia lat minęło od ostatniej premiery tej sztuki w Teatrze Studio – wtedy reżyserował ją Jarosław Kilian, a czasy były takie, że liczyły się bardziej smaczki polityczne, niż warstwa psychologiczna. Mowa o „Gwiazdach na porannym niebie” [GWIAZDY NA PORANNYM NIEBIE Aleksandra Galina, tłum. Grażyna Strumiłło-Miłosz, reż. Andrzej Pieczyński, scenografia Jarosław Kilian, muzyka Robert Kanaan, przygotowanie wokalne Małgorzata Wosińska, konsultacje iluzjonistyczne Tomasz Bieliński, Teatr Polski, Scena Kameralna, spektakl przygotowano w ramach Sceny Inicjatyw Aktorskich, 27 lutego 2010], sztuce nawiązującej do rzeczywistych wydarzeń – tuż przed Olimpiadą w Moskwie ówczesne władze przeprowadziły operację oczyszczenia stolicy Kraju Rad z prostytutek. W przodującym społeczeństwie nie mógł przecież istnieć podobny proceder. Galin wykorzystał to osobliwe zarządzenie jako pretekst do napisania sztuki o pragnieniu wolności i miłości, o życiu i marzeniach kobiet poniżanych, wykorzystywanych, niemal pozbawionych nadziei. Konstrukcja nośna utworu okazała się na tyle mocna, że dramat nie schodzi z afisza w Rosji, gdzie stał się prawdziwym przebojem, a przypomniany teraz przez aktorów Teatru Polskiego potwierdził swoją siłę. To nadal jest żywa historia, niezależnie od lat świetlnych, które upłynęły od chwil, o których opowiada. Jej walorem są portrety kobiet, zarówno prostytutek, jak i ich „nadzorczyni”, czyli szefowej noclegowni dla tzw. dobrowolnie deportowanych z Moskwy. Ich dramatyczne losy, przeżycia, ledwo tlące się tęsknoty, dzięki silnym emocjom, jakich udzielają swym bohaterom aktorki, poruszają widzów, wywołują autentyczne współczucie i wzruszenie. To rzadkie w teatrze, wydawałoby się już niemożliwe, ale w tym przedstawieniu najważniejsze. Losy zdeptanej przez życie alkoholiczki Anny (Ewa Makomaska), napiętnowanej przez otoczenie Marii (Marta Dąbrowska), fantazjującej cyrkówki Lory (Małgorzata Sadowska), energicznej desperatki Klary (Zuzanna Lipiec) i walczącej o swojego syna Walentyny (Łucja Żarnecka), w których życie zaplątują się zwichnięci psychicznie – Aleksander (Andrzej Pieczyński) i milicjant Nikołaj (Maciej Mikołajczyk) tworzą konstelację społecznej zapaści, z której nie ma wyjścia. W przedstawieniu Andrzeja Pieczyńskiego nikt nie jest tym, jakim się wydaje. Podczas spektaklu trwa zdzieranie kolejnych masek, spod których wyłaniają się zdumiewająco bogate, skomplikowane wnętrza bohaterek. Te przemiany, wiarygodnie ukazane przez wszystkich wykonawców, sprawiają, że prosta opowieść, która mogłaby ześlizgnąć się na melodramatyczne manowce, staje się wnikliwym studium psychologicznym. Kiedy na koniec w okolicy noclegowni przeciąga sztafeta z ogniem olimpijskim, wyrusza im naprzeciw w uformowanym defiladowo szyku grupa prostytutek pod wodzą ich opiekunki Walentyny. To ich desperacki i daremny marsz ku wolności, ich taniec śmierci. Przygotowany niejako „na boku”, w ramach tzw. Sceny Inicjatyw Aktorskich i przy wsparciu Fundacji „Opera”, potwierdził możliwości nowej przestrzeni działań, jaką już stała się Scena Kameralna. Tym razem wypełniona kilkunastoma żelaznymi łóżkami poszpitalnej noclegowni, ze zwiniętymi materacami i burymi kocami, okratowanej z jednej strony, przemawiała grozą miejsca, gdzie trzeba zapomnieć o nadziei.
Link do źródła >>>
Zbigniew Kowalewski, "Gwiazdy na porannym niebie"... i w Teatrze Polskim, /Wiadomości24.pl/, 28.09.2010
Aktor, to wspaniały instrument... zwłaszcza, gdy grają kobiety. Rzadko się to zdarza, ale byłem świadkiem, więc potwierdzam, że w Teatrze Polskim zaistniało wreszcie coś bliskiego ideału piękna i harm[...]
...Aktor, to wspaniały instrument... zwłaszcza, gdy grają kobiety. Rzadko się to zdarza, ale byłem świadkiem, więc potwierdzam, że w Teatrze Polskim zaistniało wreszcie coś bliskiego ideału piękna i harmonii. Cztery dziewczyny tworzą kwartet. Akcja sztuki Galina toczy się wartko, nieomal bez chwili wytchnienia. Aktorzy, niczym ekwilibryści, przechodzą z ekstremalnych sytuacji emocjonalnych, do wyciszonych scen nastrojowych, aby zaskoczyć uczestników tego teatralnego święta niespodziewaną zmianą... Zupełnie, jak w kwartecie z towarzyszeniem odgłosów życia codziennego. Kiedy kończy się dialog, pojawia się pieśń, a kiedy ona cichnie, słychać monolog spowiadającej się ze swoich myśli postaci dramatu. Tak się toczy po scenie główna myśl autora tej wspaniałej sztuki. Nie ma w niej scen masowych, chociaż rozgrywają się one poza sceną w teatrze wyobraźni. Brak też w tym niezwykle ubogim teatrze kosztownych popisów reżyserskiego geniuszu. Andrzej Pieczyński zdaje sobie doskonale sprawę, że tu wystarczy oddać czas i miejsce inwencji kobiet. One wspaniale wykorzystały swoją szansę i zaistniały, jak można najlepiej. Są niepowtarzalne, do złudzenia prawdziwe, bo przecież po spektaklu zmyją z twarzy szminkę i powrócą do swoich codziennych zajęć i seriali. Chociaż nie samym chlebem człowiek żyje, to czasem zatęskni do perlistego szampana. W końcu każdy aktor, inscenizator, sufler, inspicjent i statysta ma swoje życie, a jeśli gra, to już na własny rachunek. Wspaniały, kobiecy kwartet występujący w sztuce Galina pobrzmiewa w duszy mimo burzy oklasków po spektaklu. Każdej z czterech dziewczyn należy się podziw i szacunek za ich wspaniałe, sceniczne wcielenie. Cokolwiek uda się im jeszcze zagrać na scenie i ekranie, pozostanie im świetliste wspomnienie "Gwiazd na porannym niebie", w których stworzyły niezapomniane kreacje. "To nie są błazny, chociaż błaznów miano, oklaskiem darząc w oczy im rzucano..." Tak oto w "Studium o Hamlecie" pisał o aktorach Stanisław Wyspiański. Oni przeglądają się w nas i w sobie, jak w zwierciadle... Dokładnie, jak w cytowanym ustępie z szekspirowskiego "Hamleta" przy schodach prowadzących na kameralną scenę Teatru Polskiego. Ono nadal brzmi prawdziwie, bo teatr jest jak powieść Stendhala - zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu epoki. Aż dziw bierze, ale w tej sztuce zachwyca właśnie to, co Hamleta. W wyimaginowanym lustrze autor wiernie odbija złości jej krzywy obraz, a szlachetności nadaje wyraz powagi. Nie przypuszczałem, że nieomal naturalistyczna wizja ZSRR sprzed trzydziestu lat może być tak ujmująca. Dla żyjących w tamtych, trudnych czasach, jest to zrozumiałe, chociaż nie byłem pewny, jak to samo odbiera najmłodsze pokolenie Rosjan i Polaków. Sądząc po żywiołowej reakcji audytorium, chyba nie ma to aż tak wielkiego znaczenia. Widz rzeczywiście ma wrażenie uczestnictwa w prawdziwej akcji, gdzieś na prowincjonalnej melinie z dala od stolicy Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Docierają do niego sygnały na temat moskiewskiej olimpiady, która nie powinna być zakłócona obecnością pań o wdzięcznie brzmiących imionach: Lora, Anna, Maria i Klara. Rozmowy ciężko doświadczonych przez los dziewczyn upewniają widza w przekonaniu, że Aleksander Galin zna ich życie od podszewki. Zastanawiające, że w tak intymnej grze, autor nie pokusił się o przemycenie żydowskich wątków, które doskonale harmonizują z tematem moralnych rozterek i ludzkich rozrachunków z losem. Muzyka, z której słyną w całym świecie współbracia dramaturga, rozbrzmiewa w całej krasie podczas wykonywania tytułowej pieśni "Gwiazdy na porannym niebie"... To świetna sztuka, a odczytanie jej głębokiego sensu i podtekstów przez reżysera wydaje się bezbłędne. Andrzej Pieczyński, grając w tym spektaklu, przypomina rolę niezapomnianego Mistrza Tadeusza Kantora, który chodząc w Krakowie na scenie Krzysztoforów, wśród swoich aktorów dyskretnie dostrajał ich, jak instrumenty. Akcja sztuki Galina toczy się wartko, nieomal bez chwili wytchnienia. Aktorzy, niczym ekwilibryści, przechodzą z ekstremalnych sytuacji emocjonalnych, do wyciszonych scen nastrojowych, aby zaskoczyć uczestników tego teatralnego święta niespodziewaną zmianą... Zupełnie, jak w kwartecie z towarzyszeniem odgłosów życia codziennego. Kiedy kończy się dialog, pojawia się pieśń, a kiedy ona cichnie, słychać monolog spowiadającej się ze swoich myśli postaci dramatu. Tak się toczy po scenie główna myśl autora tej wspaniałej sztuki. Nie ma w niej scen masowych, chociaż rozgrywają się one poza sceną w teatrze wyobraźni. Brak też w tym niezwykle ubogim teatrze kosztownych popisów reżyserskiego geniuszu. Andrzej Pieczyński zdaje sobie doskonale sprawę, że tu wystarczy oddać czas i miejsce inwencji kobiet. One wspaniale wykorzystały swoją szansę i zaistniały, jak można najlepiej. Są niepowtarzalne, do złudzenia prawdziwe, bo przecież po spektaklu zmyją z twarzy szminkę i powrócą do swoich codziennych zajęć i seriali. Chociaż nie samym chlebem człowiek żyje, to czasem zatęskni do perlistego szampana. W końcu każdy aktor, inscenizator, sufler, inspicjent i statysta ma swoje życie, a jeśli gra, to już na własny rachunek. Wspaniały, kobiecy kwartet występujący w sztuce Galina pobrzmiewa w duszy mimo burzy oklasków po spektaklu. Każdej z czterech dziewczyn należy się podziw i szacunek za ich wspaniałe, sceniczne wcielenie. Cokolwiek uda się im jeszcze zagrać na scenie i ekranie, pozostanie im świetliste wspomnienie "Gwiazd na porannym niebie", w których stworzyły niezapomniane kreacje.
Link do Żródła >>>
|
|